Feb 27 2006

Kochany pamiętniczku…

Kochany pamiętniczku. Mam wrażenie jakbym miała tak naprawde tylko Ciebie. Że tylko Ty mnie do końca wysłuchasz. Zrozumiesz. Nie skrytykujesz za ostro za właśnie podejmowane przeze mnie decyzje. Bo choć to trudne i sama do końca nie wiem czy są słuszne gdzieś wewnątrz czuję że postąpić inaczej nie mogę. Czuję że ogarnia mnie powoli strach. Choć sama do końca nie wiem przed czym. Bo z racjonalnego punktu widzenia wszystko się udać musi. Szukam mieszkania. Na nową droge życia. Że może tak odnajdę swoje miejsce na ziemi. Z nadzieją że będzie lepiej. Bo teraz za dobrze nie jest. Wsparcie w osobie Mamy jest tym czego nikt mi nie może zastapic. Świadomość, że na nią zawsze moge liczyć trzyma mnie w tym dość optymistycznym stanie. Bo boję się myśleć negatywnie. Powtarzając sobie codziennie, że wszystko będzie dobrze, wierzę w to. Dodając sobie wiary, dodaję sobie siły na walkę z całym światem. I przeciwko całemu światu. W przez ostatnie kilka dni zrozumiałam wiele. Jak naprawde to wyglada. Kto jest dla mnie kim. Na kogo moge liczyć a kogo lepiej skreslić. Kto wyciągnie dłoń w potrzebie, a kto odepchnie i każe radzić sobie samej. Zrozumiałam. Choć wiele mnie to kosztowało. Choc strasznie zabolało. To teraz wiem, że warto było. Otworzyć oczy i odważnie spojrzeć. Obiektywnie zobaczyć to co już dawno powinno się widzieć.

Na nowej drodze życia będę tu wpadać rzadziej. Co nie oznacza, że wcale. Bo tak jak już mówiłam dobrze mi tu. PEACE!!!


Feb 24 2006

Męska gra. Męskie decyzje. I ja.

Wszystko się pokomplikowało. W ciągu minuty świat stanął na głowie. Musiałam. Nie miałam innego wyjścia. To wszystko nie jest takie idealne. Ja nie jestem taka idealna. Mama płacze. Decyzje już podjęłam. Przez pewien czas chyba mnie tu nie będzie. Choć postaram się być. Bo to mi przynosi ukojenie. Bo to mi pozwala zrzucić ciężar z siebie. Oczyścić się. Pisząc tu lepiej mi. Choć nie wiem jak to będzie teraz. Rzeczywistośc nie jest taka kolorowa jakby się mogło niektórym wydawać. Jak sie niektorym wydaje. Nie potrzebuję współczucia. Sama się nad soba nie użalam. Próbuję sobie wytłumaczyć, że dam sobie radę. Bo muszę dać sobie radę. Przepełnia mnie ogromny strach. O jutro. O pojutrze. O przyszlość. Cieszę się. Tylko. Że sama jestem. Że za nikogo nie odpowiadam. Kiedyś. Bo narazie poczekam. Ale kiedyś. Jak już będę silniejsza. Wtedy stane do walki. Wtedy wyzwę na pojedynek. Wtedy wygram. I zniszczę. Dziś za słaba jestem. Ale wystarczająco silna. By podjąć ta męską decyzję. Którą podjęłam. I od której nie ma odwołania.

***

Razy 3 historie. Jeszcze czasami. Myślę. Ale nie umiem juz pomysleć pozytywnie. Jakoś mnie obrzydzenie bierze. Na każde wspomnienie. Znów trafiam na te cholerne zdjecie. Dziś jak na to patrze to już mnie to nie denerwuje. Dziś już nie. Dziś juz tylko taki niesmak. Takie własnie coś, co sprawia, że wymiotować mi się chce jak o Tobie myśle. Jak Cie przypadkiem spotykam. Takie coś co mi każe przejśc na druga strone ulicy jak Cie widzę, ale wyjść z sali i usiąść w sali obok. Takie coś co mi uświadamia jaki żałosny jesteś. I nikomu o tym nie mówie. Bo po co. Więc napiszę to tu. Wyrzucę to z siebie. To mi ulzy. Zapewne. Zebym myślec nie musiała. O tym zbyt często. Żebym cieszyć się życiem mogła. Tak jak wczoraj i dziś. Z innej beczki. Z innej strony. To dziś zrozumiałam za dużo jak na jeden raz. Dlaczego? Dlaczego teraz jest jak jest? Bo serce mi pękło. Bo On wie. Bo boję się zasnąć. Bo czekam z ustęsknieniem na dźwięk telefonu i informacje: Masz 1 nową wiadomość. Bo to znowu nie od Ciebie. Bo tęsknie. Bo unoszę się honorem. Bo za dużo uczuć we mnie jest. Z którymi się wczesniej nie spotkałam. Bo szukam pocieszenia. By mnie wzięło za rękę. Uśmiechnęło się. By mnie przytuliło. I pocałowało w policzek. Ale pocieszenie to nie do końca to samo. Nie da się. Nie mogę byc księżniczką w Twojej bajce.

Nie wiem co się dzieję. Za dużo wszystkiego naraz. A ja czuję, że wypadałoby się pożegnać. Na wszelki wypadek. Jakby co. Ale nie chcę. Bo już się przywiązałam. Wmawiam sobie, że muszę zachować maksimum zimnej krwi. Że muszę być twarda. Że nikt nie może widzieć jak płaczę. Że walczyć muszę o siebie. Sama. Tylko, że zimno i zimnej. Daleko i coraz dalej. Ciemniej, ciemniej, bardziej niż ciemno. Albo to może to światło tak bije po oczach, oślepia i nic nie widać. Bo w gruncie rzeczy nic nie jest tym na co wygląda.

Mam 20 lat. To ja już chyba dorosła jestem. Przynajmniej tak mi powiedzieli…

‘Wiosno’! Przyjdź…   


Feb 23 2006

‘Dzidzia’ :]

Wena dziś do mnie przyszła. Pozytywne myślenie coraz lepiej na mnie wpływa. Coraz lepiej mi. Coraz pewniej mi. Wypoczęta bardziej. Ogólnie to bardziej. Rano czyli koło południa. W pospiechu zgubiłam pantofelek na schodach. W pozytywnościach i słowotwórstwie się zanurzam. Czytam felietony. Słucham Beethoven’a. Pachnę Armanim. Ubieram się u Chanel. I do teatru na ‘Mayday’ wciąż sie wybieram. I marzenie mam. I kocham swoje życie. W gruncie rzeczy. Spotkaliśmy się. Bo z przyjaciółmi trzeba sie spotykać. I rozmawiać. I wiedziec co u nich. Z czego się cieszą a co ich martwi. I znów ten sam temat. Bo wszyscy swatać mnie chcą. Choc ja zupełnie nie uważam, żeby było mi to do szczęścia potrzebne. Dlaczego? Nie rozumiem. Rozmowa się przedłuzyla znacznie. Jak zwykle. I fajnie. Razy 3 zmienialismy miejsce. I na wszystko znalazła się okazja :) I za to lubie ich.
Trochę tęsknię. Tak trochę bardzo. Bo niby wszystko miało byc ok. Ale chyba nie jest jednak do końca. Bo niby jasność była. I wydawało mi się, że w porządku jesteśmy wobec siebie. Tylko, że jakoś tak dziwnie ostatnio mi jest. I tęsknie. Tak ‘ociupinkę’.  Zastanawiając się nad tym głębiej. To formatowanie tej znajomości było jak najbardziej niewskazane. A skutek byl do przewidzenia. I bojąc się tego. Może to głupie i naiwne z mojej strony. Może to nie fer z drugiej strony. Może jedno i drugie. Może nie wiem po prostu o co chodzi. Ale tęsknie trochę…
Wśród marzeń sennych. Wśród starych fotografii. Wśród wspomnień. Tych odległych bardzo. I tych jeszcze świeżych. Pachnących jeszcze dniem wczorajszym.

p.s. Chyba już nie będzie żadnych fotografii ani ilustracji bo operatorzy, którzy zmieniali serwer tak namotali, że nic nie mogę dołączyć. :(


Feb 22 2006

Za oknem minus stosiedemdziesiąćtrzy.

Miałam iść na ‘Mayday”. Nie poszłam. Z prozaicznego powodu. Brak biletów. Taki głupi powód. I nie poszłam. I zdenerwowałam się trochę. Bo chciałam iść. Ale za to. Kupiliśmy wino. Na pocieszenie. Białe. Slodkie. Naprawde dobre. I kurewsko drogie. Ale warto było. Upiłam się chyba. Nie wiem. Ze stylowego kieliszka to wino piliśmy. Leżałam na łóżku. Po głowie mnie głaskał. Bawił się moimi włosami. Na pytanie co by bylo gdyby mnie teraz pocałował nie odpowiedziałam. Wstałam i………  Wyszłam z pokoju. Zastanawiałam sie jeszcze przez chwile czy nie pocalować go jak wrocę. Tak po prostu. Ale w sumie to po co? Żeby tylko zepsuć to, co jest fajnego miedzy nami? Wróciwszy usiadłam na skraju łóżka, na ktorym leżał w tej samej pozycji. Pomilczelismy sobie chwilę. Z Nim nawet milczenie jest wartosciowe. Dolał mi wina. Dźwięk, którego nie potrafie nazwać. Dźwięk nalewającej się cieczy przerwał panującą w pokoju ciszę.

Miasto jest szare i ponure. Zimno i mokro. W sercu mroźno coraz bardziej. Kiedyś mi mowiłeś, że jestem najważniejsza. Dziś dziwisz się że jestem sama. Choć mi źle nie jest. Choć mi z samotnością calkiem do twarzy. Za oknem minus stosiedemdziesiąćtrzy. W pokoju pod ciepłym kocem leżę. Myślę o tym co jutro. Myśleć lubić. Myśleć musieć. Myśleć potrzebować. Rozmawiać. Bo czasami najprostszą formą wyjścia jest rozmowa z kimś innym o zupełnie czym innym. I wtedy nie myslisz. Zapominasz. A jak przypominasz to już inaczej.

Nie rozumiem sama. Nie cierpie jak ktoś mnie ignoruje. Jak traktuje mnie jak powietrze. Jakby mnie nie było. Jakby nic się nie stało. Nie cierpie jak ludzie się użalają nad sobą. Jak bardzo jest im źle. Jak bardzo są samotni. Jak bardzo są nieszczęśliwy. Jak bardzo ich skrzywdzono. Nie cierpie jak do ludzi nie dociera co się do nich mówi. Kiedy argumenty nie pomagają. Kiedy racjonalne wytłumaczenie przegrywa z ich ‘bo nie’. Kiedy nie maja zielonego pojęcia w czym tak naprawdę tkwi sęk, ale i tak wszystko wiedzą najlepiej. I myślę sobie. Że chyba problemow mi brak. I je sobie sama stwarzam. Bo nudzić mi się zaczyna.

Na odpowiedź: mnie z nim łączy tylko sex, odpowiem: mnie też


Feb 21 2006

Anioły też czasami płaczą…

Kiedy powietrze zapachniało wiosną. Kiedy wyjełam z pudełka okulary przeciwsłoneczne. Kiedy zaczęłam się uśmiechać na samą myśl o kwitnących kwiatkach. Kiedy marzenia zaczęły być jakos bardziej realne. I kiedy w ogóle jakos lepiej było. Wtedy wróciła zima. Zasypało śniegiem i zaczęło wiać. Spochmurniało, pociemniało. A ja? Robiąc wszystko co tylko można żeby na powrót przywołac wiosnę usmiecham się do pani w autobusie. Skaczę po schodach, spiewam razem z Kelly Clarkson, a na dodatek sprawia mi to tyle przyjemności, że nikt i nic nie jest w stanie popsuć mi dobrego humoru. Pisząc siódmego lub dziewiątego esemesa, rozmawiając z kolegą siedzącym obok, robiąc notaki z chemii organicznej 1. i jeszcze słuchając radia myślę o tym co zrobić, żeby było dokładnie tak jak byc powinno. Żeby nie zgubić sie w tłumie ludzi pędzących za czymś czego tak naprawde nie ma. Za iluzją, zludzeniem. By szczęśliwym być. Czego jeszcze więcej mi potrzeba? Wysyłając tego siodmego lub dziewiatego esemesa dochodzę do wniosku, że chyba sama nie wiem ile mam. Że doceniać muszę zacząć. Bo nie doceniam. Bo nawet sprawy sobie zdać nie umiem. Bo tak jakbym miała więcej niż inni. Ale tego nie widzę. Ściężka międzyprzedmiotowa. Nie wiedziałam że chemia ma aż tyle wspólnego z filozofią. Myślę. Że to chyba nie jest tak jak On mówił. Jego punkt widzenia jest inny niz mój. A to wszystko uświadomił mi astronom, który mówił o budowie korpuskularno-falowej budowie światła. Odnajdywac siebie w świecie. Odnajdywać siebie w sobie. Aby nie przeżyć byle jak swojego życia. Otaczam się dziwnościami. Dziwność jest fascynująca. O wszystkim i o niczym. Kształtując swój światopogląd, nadając kształt samej sobie, budująć swój świat, otaczając się ludźmi i rzeczami.

Potrzebować. Zasnawiać się. Myśleć. Szukać. Walczyć. Mówić. Krzyczeć. Stawiać sobie cele. I kochać. Płakać. Ze szczęścia.

Narkotyzuje się waniliowych kadzidełkiem. Upijam się czerwonych winem. Próbuje dżemu truskawkowego. Na jeszcze ciepłej bułce. Karmię się. Dostoyewskim. Wybieram się na ‘Mayday’. Oglądam świat. Przez obiektyw fotograficzny. Zakładam piórko pawie na ucho. Wkładam kwiatek we włosy i różowe okulary na nos. Dobry lans nie jest zły :) 

Nie warto zaprzątac sobie głowy rzeczami, które nie są ważne. Ludzie, ktorzy udają Twoich przyjaciół a w rzeczywistości nimi nie są tez nie są warci Twojej uwagi. Człowieku! Naucz się że musisz szeroko otwierać oczy. By dokładnie widzieć otaczający Cię świat. By najmiejszy szczegół nie umknął Twej uwadze. Myślę. Kobieta powinna się szanować. Powinna mieć na tyle godności. By pokazać że jest ponad to. Ona jej chyba nie ma. Wyzywając innych pokazuje jak sama nisko upadła. Ja stoję. Uważnie wsłuchuje się w to co mówi. Każde jej słowo dociera do mojego mózgu. Zostaje dokładnie analizowane. Nie mówię nic. To niepotrzebne. Podległy jej. On. Jakby zatracił siebie. Jakby wyłączył rozum. I pozwolił jej decydować. Niestety tak to widzę. Nie oceniam czy to źle. Mówię tylko jak to ja postrzegam. Ale to tylko mój. Mało znaczący punkt widzenia. Ona jakby troche chora z problemami emocjonalnymi. Próbuje. Udając kogoś. Sama nie wiem kogo. Mało mnie to interesuje. Ona gra. Więc ja gram z nią. W jej grę. I wygrywam. Bo kto mieczem wojuje od miecza ginie.

 Ja. Idę. Dalej. Przez życie………………………  Coraz szybciej. I szybciej. Nie zatrzymuję się.


Feb 20 2006

Kiedy zamykam następny rozdział w swoim życiu.

Dziś. Jest ten dzień. Nie wczoraj i nie jutro. To dziś jest ta pora. By zostawić za sobą przeszłość. I popatrzyc odważnie przed siebie. Naprawde chciałoby się powiedzieć tysiąc lat za jeden rok bez dni. Byle nie za ostatni rok. Oddałabym każdy, ale nie ten. Choć i tak wiem że się nie da. Czekam. Nie wiem. Na co. Każdego dnia karmiłam się kłamstwami. Sama siebie oszukiwałam. W nadzieji. Sama nie wiem na co. Lecz dziś pora z tym skończyć. Zatrzasnąć drzwi. I zapomnieć klucza. By nigdy już nie wrocić. Prawdą jest tylko to, że po tym roku, który mi dałeś nigdy nie zapomnę. Sentyment. To się chyba tak nazywa. Ale to juz ponad pół roku. Nauczyć się życ bez Ciebie nie było łatwo. Ale udało się. Nie chcąc wciąż oszukiwac się wstaję i się otrzepuje z półrocznego kurzu. i wiem, że jestem silniejsza. Cały 1 rozdział mojego życia poświecony był Tobie. Ale dziś odwracam kartkę. Następna jest biała. Jutro wstanie nowy dzień. Jutro zacznę pisać. Dalej. Następny rozdział.

A tam już inne priorytety. Inne wartości. Inne cele. Inne sytuacje. Inny smak ust. Inne ciepłe dłonie. Inny uśmiech. Tylko ja. Zostaje ta sama. Bo to moja książka. Tylko rozdział inny. Oby lepszy. Oby marzenia się spełniały. Oby nie wszystkie. By bylo jeszcze o czym marzyć.  


Feb 18 2006

Nieba nie będzie!

Nieba nie będzie! Choć miało być. Nie umiem nazwac uczucia, które mnie przepełnia. Świadomość tego co się stało jakby jeszcze nie do końca do mnie dotarła. Jakbym w takim zawieszeniu trwała. Świadomości brak. Tak jak wtedy kiedy świat w ciągu dwóch sekund stracił caly sens. Zastanawiam się. Siedzę w pustym pokoju. Układam myśli. Powoli. Nie śpieszę się. Układam siebie. Bo chyba najwyższa pora. Wychodząc przyklejam sobie szeroki usmiech na buzie i udaje, że wszystko gra. Unikam niektorych osób, których nie mam ochoty spotykać. Widząc koszulkę w paski usmiecham się do siebie ale wychodzę i kieruje się do sali obok. Przyjaciel o mnie pamieta. Poranny sms. To nie prawda, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Prawdziwych przyjaciół poznaje się po tym czy potrafia się cieszyć z Twojego szczęścia. Czy nie są zazdrośni, zawistni że cos Ci się udało. Że pomogą w czym tylko będą mogli i nie bedą oczekiwac żadnych profitów. I jak im powiesz, że ‘faceci to głupki’ to przytakną- choć sami są facetem :)

Zamykam oczy. To zbyt trudne i irracjonalne by tak po prostu. Choć po prostu jest najlepiej. W nicości własnych uczuc jestem zamknieta jak w klatce. Klucza brak. A ja powoli usycham. Powoli. Żółty tulipam usechł. Zastanawiam się co z nim zrobić. Ona chciała go dziś wyrzucić. Jednak mój glośni sprzeciw zmusił ją do odlożenia go na miejsce. Mnóstwo zalet i jeszcze wiecej wad. Cudownych wad. I każdy mnie lubi i wszystcy twierdzą że jestem w porządku. Tylko pokochac nikt mnie nie chce. Tak jak On wtedy. I dlatego właśnie nie lubie romantycznych filmów i miłosnych piosenek.


Feb 14 2006

Walentynki.

Błagam. Zabijcie mnie. Uduście. Utopcie. Albo pozwólcie spokojnie z głodu umrzeć. Nic tylko strzelic sobie w łeb. Jestem skończona kretynką. Idiotką! Ja już nie wiem co ja sobie wyobrażam.

Wróciłam do domu. Pusto. Zgasiłam światło. Włączyłam moją nową płyte na cały regulator. I zaczęłam krzyczeć, drzeć się, wiszczeć. Co za różnica, efekt ten sam. Miałam ochotę się zapaść pod ziemie. Krzyczałam tak dopóki miałam siłę. Zmęczona polozyłam się na ziemi, patrzyłam się w sufit. Nie płakałam. Łzy same mi spływały po policzkach. Nie wiem ile tak leżałam i gapiłam się w ten biały sufit. Ja piernicze. Ja naprawde jestem beznadziejna. I aż żal mi samej siebie. Grrr :/

Bo nie mozna miec wszystkiego co by się chciało mieć. I tym razem to tez nie dla mnie. Może ja po prostu nie zasługuję. Nie tak jak Wy. Bo gdy patrzę na Was, to aż mnie coś w serce kłuje. Nie z zazdrości. 2 lata. Bo to miłość jest. Ta prawdziwa miłość. Tej które każdy szuka, nawet podświadomie. Tylko nie każdy ma tyle szczęścia co Wy.

A ja to się zajme może czyms pożytecznym a nie pierdołami- jakby to moja mama powiedziała. Chyba coś się zmienia. Dziura. Ucho mnie boli. Znalazłam prace. Znowu się boję. Tym razem, że nie dam sobie rady. K***a! Czy ja się wiecznie musze wszystkiego bać? Oczy mnie pieką. Wyrzucam Cie na siłę. Nawet jeśli tak głupim sposobem jak łzy. Bo wmawianie sobie, że…  juz nic nie pomaga. Bo nie umiem. Jest jakbym była zagubiona. Jakbym się powoli zaczynała poddawać. Jest jakbym oddychac nie mogła. Jakbym była uzależniona od Ciebie.

Wstałam z zimnej podłogi, popatrzyłam na zapłakaną twarz odbijająca sie w lustrze. Krzyknęłam głośno: NIEEEEEEE! Bo ‘Nie’ do jasnej cholery. Dość! Już dość! Wstawiłam żółtego tulipana do wazonu i pomyślałam znowu to samo: Naucz się żyć. Najwyższa pora dziewczynko.

***

Wzięłam do ręki książkę. Czytam. “…w nocy w Rochester, gdy zamiera ruch uliczny słychać wodę spadającą z pobliskiego wodospadu Niagara. Sześcioletni chłopiec mieszkał w Rochester z rodzicami i siostrzyczką. Dziewczynka urodziła się bardzo chora. Miała trzy lata, gdy rodzice zapytali chłopca, czy oddałby dla niej „krew, bez której ona nie mogłaby żyć”. Chłopiec zgodził się bez wahania. Po kilku dniach lekarze w uniwersyteckiej klinice przeprowadzili transfuzję bezpośrednią. Chłopiec leżał obok siostrzyczki i z jego żył przetaczano krew do jej żył. W tym momencie, gdy transfuzja w odczuciu chłopca trwała zbyt długo, zapytał lekarza „Czy tak się umiera?” Lekarz nadzorujący transfuzje nie wiedział, co odpowiedzieć. Po chwili rozmowy wyszło na jaw, że chłopiec nie zrozumiał do końca swoich rodziców. Myślał, że musi oddać całą swoją krew i umrzeć, aby mogła żyć jego siostra. Nie potrafię opanować lęku, gdy pytam siebie, czy ja byłbym w stanie zrobić coś takiego dla kogokolwiek. Czasami prawdziwa miłość ujawnia się dopiero wtedy, gdy nie wszystko do końca się rozumie…’. Ja chyba tez nie do końca rozumiem. Bo jestem ‘zbyt’.


Feb 13 2006

Słodko-gorzka. A może kwaśna?

Po nieprzespanej nocy wstała. Wzięła gorącą kąpiel. Zjadła sniadanie. W radiu grali ulubioną piosenkę. Popatrzyła za okno. Zimno chyba. Wczęśnie. Codzienność jest tak niezwykła. Wcale nie jest codzienna. Rano nie wiem jeszcze co będzie wieczorem. A wieczorem wracając do domu, do którego ostatnio nie chce się jej wracać po głowie biegało mnóstwo niesfornych myśli. Pomysł na kino. Sekund siedemnaście. Decyzja zapadła. Bilet kupiony. Jak będę wychodziła za mąż będę miała własnie taką sukienkę! Jak małe dziecko zeskakuje po schodach i śpiewa. Z kina wybiega. Znowu w uszach słyszy jego głos. Uwielbia go słuchać. Przyśpiesza kroku, jakby gdzies się jej spieszyło. A przeciez tak nie jest. Troche zimno. Ale nieodparta ochota na lody gdzieś żyje od dobrych kilkunastu dni. Całe pudełko tylko dla mnie. Najlepsze śmietankowo-orzechowe. A to wszystko tylko po to by nie myślec. By na chwile oderwać się. By stanąć obok.

Nie chcę już tak. Spojrzeć prawdzie w oczy trzeba. Teraz. Naucz się żyć!  Wreszcie. Czuję się jak dziesięcioletnia dziewczynka. Czuję się niedowartościowana. Muszę zrobić coś ze sobą. Stanąć na własne nogi. Usamodzielnić się. Boję się. Ale muszę. Co zrobić by było tak, żeby bylo dobrze? Naucz się żyć. Najwyższa pora. Robię coraz większe oczy. I nie rozumiem. Nauczyć się życ muszę.


Feb 12 2006

Impuls. | 6.13

Umówiłam się z nim na randke. Miały byc kwiaty, kino, romantyczna kolacja. A on mnie olał. Bywa. W końcu to tylko facet. Mnóstwo nieoczekiwanych zbiegów okoliczności, które stają nam na drodze i kradną czas, który miał byc przeznaczony tylko dla nas. Niesprawiedliwe. Ale i tak go bardzo bardzo bardzo kocham. A co z romantyczną kolacją? Innym razem? Będzie inny raz? Z Tobą zawsze i wszędzie. Byle gdzie, byle z Tobą. Wiem. Uśmiechasz się jak to teraz czytasz wredoto jedna.

Popatrzyłam się na Niego. Chciało mi sie krzyczeć. Chciałam wykrzyczeć Ci wszystko prosto w twarz. Nie zrozbiłam tego. Słowa stanęły mi w gardle. Byłam zła. Rozgladałam się po nieotynkowanym pomieszczeniu w poszukiwniu czegoś ciężkiego czym mogłabym Cie rzucić. Nie znalazłam. Siedziałam bezbronna na fotelu i czekałam aż coś w końcu powiesz. Cokolwiek. Byle przerwac tą wstrętną ciszę. W głowie myśli. Dwadziescia osiem tysięcy sto czterdziesci siedem. I żadna racjonalna. Popadam w paranoje. Mam hustawkę nastrojów. Chyba masz mnie dość. Obok mnie nie da się przejść obojętnie. Albo się mnie lubi, albo nieznosi. Jestes na etapie znienawidzania mnie coraz bardziej. Boję się. Wiem czego się boję. Ale boję sie. Ci o tym powiedzieć. I nie powiem. Bo łatwiej jest się schować za troszkę głupkowatym uśmiechem. Łatwiej jest mieć pretensje do całego świata, a największe do Ciebie. Że to wszystko Twoja wina. Łatwiej jest przyjąć pozę głupiej idiotki. Po prostu łatwiej. Tylko problem tkwi w tym, że ja uwielbiam komplikowac sobie życie. I krzyczę do Ciebie, że to Twoja wina, że masz złe podejście, ale mysle sobie że jestem kretynką i co ja właściwie wygaduję. Cała ja. Myśli jedno, mówi drugie, robi trzecie a jeszcze co innego chce. Męcz się ze mną. Trzymam się kurczowo Twojej ręki. Nie puszczę. Nie cofnę się. Jestem zbyt blisko.

Hasło dnia: ‘Dziwka to zawód, kurwa to charakter.’ Coś w tym chyba jest. Szanowac się trzeba. W uszach mi dzwoni. W takich dziwnych sytuacjach zawsze w uszach brzmia mi słowa mojej babci. Że szanować się trzeba. Bo nikt nas nie będzie szanował, jeśli sie sami szanowac nie będziemy. Pytanie jedno: “Sprzedałabyś się?’ Odpowiedź: “Tak.” Nie wiem co zobaczyłam wtedy w Twoich oczach. Nie sprzedałabym się aby uratować sobie życie. Ale żeby uratowac życie mojemu dziecku to już zupełnie co innego. Powoli zaczynam rozumieć co to znaczy macierzyństwo. Powoli. Bardzo powoli. Ktoś mądry kiedys powiedział, że kobieta nie jest wstanie pokochać żadnego mężczyzny tak mocno jak własnego dziecka. Że matczyna miłość jest nie porównywalna do miłości kobiety. Powoli zaczynam to rozumieć. Bo nie sprzedałabym się dla nikogo. Ale. Dla swojego dziecka tak. To kurwa ze mnie czy dziwka? Głupia rozmowa. Zmień temat.

Impuls. Jeden. Szybki. Trochę mi ciśnienie skoczyło. Trzy zwątpienia. Za słabe. Dalej nic nie wiem. Ale chyba mi lepiej. Wariatka. Przez ten durny impuls spać w nocy nie mogłam. Nie odczuwałam zmęczenia. Nie odczuwałam senności. Tysiące myśli biegało w głowie. Koło 3.40 dostałam sms-a. Koło 4.36 doszłam do wniosku, że dziś juz nie zasnę. Była 6.13 jak niebo pojaśniało. Wstałam.