Mar 25 2006

Królową nocy być | P1!

Dni. Wciąż uciekają.

Imprezujemy.

Przez chwilę poczułam coś. Potem to znikło. Potem wróciło. Śmiałam się gdy patrzyłam na Was. I było mi naprawde lekko na serduszku. Jak juz dawno nie.

Usiadłam ze szklanką soku bananowego na barowym krześle. I kręciłam się w kółko. Aż mi się w głowie zawirowało. Bo świat na chwile zawirował. A On tak dziwnie się na mnie patrzył.

Tańczyłam. I było cudownie. I ‘królową parkietu” byłam przez chwile. Wirując w rytm w blaskach świateł.

I wiem. Że kłamstwo powtarzane codziennie po trzy razy przez siedem lat w końcu staje się prawdą. I patrzysz mi prosto w oczy. I nie wiem. Czy to jeszcze kłamstwo? Czy juz prawda?

Chciałabym wyjść i stanąć obok. Popatrzyć na to wszystko z innej perspektywy. Zobaczyc inny odcień tego wszystkiego. Chciałabym móc.

Gdy to się zaczyna. Wtedy nie wiem co się ze mną dzieje. Najpierw otwieram szerzej oczy. Potem się uśmiecham. I takie dziwne motylki w brzuchu mi się pojawiają. Najpierw w brzuchu. A potem nogi jakby z waty. I promieniuje to po całym ciele. Oddech przyśpieszony. Puls i tętno (choć w normie?) skoczyły do góry. Słów czasem brakuje. Choć wyobraźnia wtedy lepiej działa. I sny jakieś lepsze. Skoncentrować się nie mogę. Wszystko wypada z rąk. A ja usmiecham się. Świat nabrał pozytywnych barw i wszystko staje sie powoli możliwe……..

A teraz każdy dzień jest błogi, pozbawiony nieprzyjemnych myśli. Bo rozpaliło się we mnie poczucie szczęścia… Bo z wiosną odchodzi samotność. I strach.

A ja czekam. Na więcej……


Mar 21 2006

Wiosno! Przybądź! | ‘Mała wojna.’

W oczekiwaniu na wiosne. Tą za oknem. By temperatura powietrza przekroczyła w końcu magiczne pietnaście stopni celcjusza. I bym nie musiała chodzić w czapkach, szalikach itp. By słońce świeciło, a ja z okularami na nosie. W oczekiwaniu na wiosnę. Tą w sercu. By ktoś zaczarował mój świat. By codziennie na twarzy świeciło słońce. Bym cieszyć się mogła z każdej chwili spędzonej w oczekiwaniu i w przebywaniu z Nim. Bo zakochac się bym z wzajemnością chciała. By na chwilkę świat nabrał cudownych pastelowych kolorów. Wiosno! Przybądź! Wołam. Zagłuszam nieuśmierzoną tęsknote po stracie czegos naprawdę ważnego. Nie myśląc o tym jest łatwiej. Ale wcale nie łatwo jest nie myśleć. Bo to wraca. Piętnaście tysięcy trzysta czterdzieści siedem (15 347) zajęć sobię wynajduję. By zająć się czym innym. By zrealizowac się. By poczuć to. Że świat stoi przede mną otworem. Pragnienia są potrzebne. By mobilizowały. By pchały do przodu. Bo warto to zrobić. Powtarzam sobie codziennie. Dla siebie.

Powtarzam sobie codziennie. Że chcę być dobrym człowiekiem. Że chcę. I choć nie do końca umiem. Czasami. W jakiejś nowej, trudnej sytuacji się odnaleźc. To nie umiem się poddać. Coś w środku mi nie pozwala się zatrzymać. Każe robić na przekór. Wszystko i wszystkim. Nie wiem po co. By coś udowodnić. I znowu dla siebie.

Na stole leży małe czerwone coś. W sumie nie wiem czy jest naprawde czerwone. Może to tylko to światło? Duży klucz. Do drzwi. Nie wiem dokąd prowadzą te drzwi. Boję się otworzyć. W pokoju jest ciemno. Przez dziurkę od klucza w tych drzwiach, których boję się otworzyć wpada światło. Mały strumień. Przeraża mnie to. Ale zbyt ciekawa jestem. Tu jest ciepło. Siedzę na miękkim kocu. W głowie przewijają się tysiące myśli. Bawię się kluczem. Tym kluczem od tych drzwi, które boję się otworzyć. Ale to światło. Ciekawość mnie zjada od środka. Tu jest ciepło. A tam? Może warto spróbować…

*** 

Miała byc herbata. Ale nie wyszło. Bo najczęściej jest tak że nie wychodzi. Za mało czasu. Bo najczęściej jest tak, że za mało czasu. Bo się spóźniłam, choć się spieszyłam. Bo zazwyczaj się spóźniam. Ale spacer tez był ok. Bo w sumie tak jest dobrze i tak zostac powinno. Ja ze swoim zwariowanym stylem bycia i dwoma warkoczykami na głowie. I on ze swoimi nartami i wiecznym brakiem czasu. Herbata i tak będzie. Bo byc powinna. A ja tylko bym chciała. Żeby zostało tak jak jest. 

Bo zwracam uwage na szczegóły. Dostrzegam gdzieś coś czego widzieć nie powinnam. Tylko te mało znaczące sytuacje. Takie milutkie. Choć nic nie znaczące. 

***

“Aniołowie jeśli tylko są, kryją się w metalowych bunkrach. Takie listy szybko drą. Chcą mnie dziś. Chcą mnie widzieć jutro. Paru kumpli już tam jest. Mówią, że krzyżyk piecze w usta. Nauczeni nie bać się. Tylko coś nie pozwala usnąć.

Zawsze iść! - rozkaz, który mam we krwi.
Małą wojnę w sobie mieć.

Z każdym z was walczyć do utraty tchu
I bez słów… Mogę zwalić ciebie z nóg-wrogu mój, co wykrzywiasz usta. Nie przepraszaj, tylko wstań. Nigdy już nie zobaczysz lustra.
Ktoś zapłacił za Twój ból.
Za szampana łyk.
Od tej chwili będziesz mój.
Nie odwracaj się!
Patrz mi w oczy! Patrz!


Mar 19 2006

Fun Club!

Impreza. Ostatnio w zabieganiu zapomniałam jak to jest. Trochę inaczej niz normalnie. W nowym miejscu, ale ze starymi ludźmi. Muzyka na plus. Miejsce na wielki plus. Więc było dobrze. Zmęczona bardzo. Ale obowiązkowo zatańczyc trzeba było. Rozczarowałam się trochę. Mężczyźni. Bez sensu. Jeden za dużo, drugi za mało. Kłótnia bez sensu. O nic właściwie. Ale teraz bez sensu. Bo ktoś myśli za dużo niż powinien. A wysnute z palca wnioski doprowadzają do bezsensownych sytuacji. Z drugiej strony zastanawiam się. Znowu pytanie: ‘dlaczego’. Choć odpowiedzi nikt nie oczekuje. Bez sensu.

(zasponsorowane przez bez sensu)

***

Sytuacja ta sama. To samo spotkanie. W tym samym miejscu. Ci sami ludzie. Ta sama rozmowa, te same miny i gesty. Ale jednak wszystko inaczej. Inaczej odbrałam to niz Ty. Co innego myślałam po powrocie. Czego innego oczekiwałam. Choc tak naprawde nie rozumiem. Bo mówisz jedno a potem drugie. Zupełnie co innego. Zupełnie przeciwstawnego. Gra? Czy niezdecydowanie? Może boisz się tego samego co ja? Choc tak naprawde nie ma sie czego bać. Bo masz racje. Teraz jest juz zupełnie inaczej. I ja tez zastawiałam się nad tym. To prawda. Wiele się pozmieniało. Inaczej na to patrzymy. I dlaczego? Dlaczego pozostalismy cieniami? Na to pytanie odpowiedzi żadne z nas nigdy nie otrzyma.

***

A serwis blog.com naprawił funkcję dodawania zdjęć :)


Mar 18 2006

Spotkania.

Analizując. Interpretując. Świat jakiś inny się stał. W inny kolorach to widzę. Zupełnie inaczej na to patrzę. Zajmuję się czym innym. Umieram i odradzam się na nowo. Uczę się na własnych błędach. Płaczę, uśmiecham się i śmieję się histerycznie tak. Gdy nie wiem jak się zachowac. Spotykam się. Z rodzicami. Na sobotnim obiadku. I jakoś lepiej teraz. Może to fakt, że trochę tęsknimy za sobą. Choć nie do końca tak to odczuwam. Ale może.

Spotkanie po latach wprowadziło mnie w stan uśpienia egzystencjalnego. Jakby świat na chwilę się zatrzymał. Wszystko było takie jak wtedy. No prawie. O czym myślałam? W głowie rodziło się tysiące pytań. A każde zaczynało się od ‘dlaczego‘. I na żadne nie umiałam odpowiedzieć. I nadal nie umiem. Patrzyłeś na mnie tak jak wtedy. Śmiałeś się. Nic się nie zmieniło. Styl bycia ten sam. Tok myślenia ten sam. To właśnie za tym tęsknię co wieczór gdy kładę się spać? To właśnie tego mi brakuje gdy budzę się rano i gdy samotnie przemierzam naszą część Wrocławia? Naszą, ale idę sama. Spotkanie po latach wprowadziło mnie w stan uśpienia egzystencjalnego. Tak jakby wszystko na chwile staciło znaczenie. Bo ważne było tylko co tu i teraz. I harmonia nie została zburzona. Choć w przekonaniu się nie utwierdziłam. I brakuje czegoś. Choc nie wiem do końca czego.

Spotkania………. Bo warto pójść na spacer. Bo oboje lubimy lody. Bo z Tobą mówić lubię. Bo jak impreza to tylko z Wami. Bo dostrzegłeś we mnie talent. Bo do Ciebie mam sentyment. Bo Tobie ufam i Tobie wierzę. Bo spotkania z ludźmi są tym co napędza mnie. Bo każde jest inne. I wyjątkowe.

W życiu najwazniejsze są chwile. Pojedyńcze. Te konkretnie-niekonkretne. Wyrwane z kontekstu. Kiedy nie pamiętasz o czym rozmawialiście ale przed oczami masz jego twarz jak się pięknie uśmiechał. I kiedy nie wiesz po co, ale zbliżyłaś twarz do jego twarzy i zobaczyłaś cudowny blask w oku. I sytuacji tysiace. Takich konkretnie-niekonkretnych. Zupełnie nic nie znaczących. Ale chwile piękne. Bez zbędnych słów. Bez niepotrzebnego eksibicjonizmu. Bez udawania. Tak spontanicznie. Tak prawdziwie.

Zmieniam się. Wszystko wokół się zmienia. Jak w kalejdoskopie. Pamiętasz?

A gdy nocą idę. I myśle. I otaczam się moimi myślami, których nikt nie zna. Kiedy mi ciepło w środku, choć temperatura na minusie. To otaczający mnie świat i mijający mnie ludzie przestają istnieć. Nie widzę. Tych twarzy, które przechodzą obok. Świadomość, która się we mnie urodziła zmusiła mnie do zrozumienia zmian. On pokazał mi, że nie jestem do końca taką za jaką się zawszę uważałam. I do dziś nie potrafię sobię wytłumaczyć. I żałuję… Bo nie warto było. A konsekwencje większe niż powinny być. Bo obwiniam się za to… Co się stało. Ale w tym samym momencie rodzi się w mojej głowie myśl. Że piękne było to uczucie takiej błogiej świadomości, choć przelotnej, że nic nie jest istotne, liczy się tylko chwila i jej istota. Że jestem tylko tu i teraz. Obok. Że wiem, że nikt nie jest mi w stanie zabrac tego. Bo to już było. I pomimo wszystko było piekne. Bo piekne było-nie zaprzeczysz. I choć trwało tylko ułamek sekundy, bo wraz z nadejściem poranka magia, która nie wiadomo skąd przyszła, odeszła. Też nie wiadomo gdzie. I choć wiem, że nie było warto. I choć żałuje. To wspominać będę zawszę… Bo nie zaprzeczysz. Że było pięknie. Magicznie. Bo nie potrafisz wytłumaczyć. Wyjasnić. Bo coś zaczarowało nas na chwile. I choć czar prysł. Wspomnienie zostanie.


Mar 14 2006

By poczuć…………….

Uczę się smakować szczęścia. Maleńkimi dawkami. By poczuć cokolwiek piję gorącą herbatę, bo usta wtedy bolą. I czuję. Wychodzę naga na mróz. Bo zimno przeokrutnie. I robie to tylko po to, by poczuć cokolwiek. Powoli wiele rzeczy staje się. Jasnośc która bije razi mnie. Nie widzę nic. Choć mrużąc powieki dostrzec możnaby… Strach zostaje, że bez tego żyć nie będę już potrafiła. A umiałam… Kiedyś.

Jechałam dziś naszym autobusem. Wszystko wróciło. W ułamku sekundy przed oczami przeleciały mi wszystkie wspomnienia. I wszystko stało się takie piekne jak wtedy. Tylko że Ciebie nie było obok. Sama jechałam naszym autobusem. Nigdy nie pomyslałabym, że to się tak skończy. Banalności nienawidzę. A koniec był najbanalniejszy jaki można by wymyslić. Nie stać nas było na nic więcej? To dlatego dziś juz nie jestem tą, którą byłam wtedy. To dlatego nienawidzę romantycznych piosenek. I filmów miłosnych. I słów: “Nic nas nie rozłączy”.

Po policzku spłynęła mi łza. Kropla jedna. Czerwona. Skapnęła plamiąc śnieżno-białą koszulę. Tęsknie. Dopiero kiedy to do mnie wraca zauważam to. Staram się o tym nie myśleć. Niesamowita zdolność komplikowania sobie życia utrudnia wszystko. Przyjeżdżam tu coraz częściej. Nie wiem po co. By patrzyć. By słuchać. By wspominać.

Pierdolona masochistka!


Mar 13 2006

Biegam gdzieś między jedną myślą a drugą…

Biegam gdzieś między jedną myślą a drugą. Zagubiona troche między moimi pragnieniami, marzeniami, realnością a możliwością. Chciec to nie mieć. Nie zakochałam się. I może właśnie w tym tkwi mój błąd. Bo może powinnam była. Odwzajemnić Twoje uczucie. Może moglibysmy życ długo i szczęśliwie. A tak. Telefon już nie dzwoni. Na ekranie nie ma tej ulubionej ikonki z napisem: ‘Odebrano 1 wiadomość’. I smutno. I choć nic na siłe. Bo na siłe to się nic nie da. To ja znowu siebie obwiniam za całe zło tego świata. I za to też. Że zgubiłam się gdzieś pomiędzy sobą a nią. Że wrażenie jakie to na mnie wywarło dziś przyprawia mnie o ból głowy. Że czuję się z tym źle i wiem, że nie powinno stać się. Lecz jednak. I nawet wyjasnić tego nie ma jak. Bo niby po co, skoro nic się tak naprawde nie stało. Lecz wydaje mi się, że równowage mogłabym odzyskać. Znaleźć granicę między białym a czarnym, między dobrem a złem. Bo zatarła się gdzieś przez te ostatnie kilka chwil, kiedy zgubiłam się gdzies pomiedzy sobą a nią. A teraz wszystko mi się rozpadło. Rozleciało na malutkie kawałeczki. I musisz to zrozumieć. Musisz mnie schowac w swoich ramionach. Tak jak wtedy. Pogłaskać po głowie. Musisz. Bo nie wiem jak będzie. Bo boję się. Bo równowagi szukam. Wciąż. I nie mogę jej znaleźć. Od nie pamiętam kiedy. I biegam gdzieś. Między jedną myslą a drugą. Między jedną świadomością a pragnieniem. Między cnotą moją a pożądaniem. Stoje po środku. W białej sukni. Nieskazitelna. Biała. Czysta. Bez grzechu. Tylko w głowie kłęby grzesznych myśli. I nie rozumiem. Zdecydowanie zbyt jestem. Wciąż to powtarzam. Tylko zmienić tego nie potrafie.

Za dużo o tym myśle. Rozpamiętuję. Mimowolnie. Nie kontrolując tego. Łapię się na tym po chwili. I spogladając na zagarek na ręcę uświadamiam sobie, że jestem pół godziny w plecy. Za dużo niejasności w całej tej stuacji. która gdzieś tak naprawde mnie przerasta. I nie przyznając się przed innymi, a co więcej nie przyznając się sama przed sobą. Przyłapuje się na tym, że śnię i marzę i myślę. I że tak naprawdę chciałabym. Gdzieś tak po cichu… Troszeczkę… Powoli… Nie śpiesząc się…

Zmienić świat. Zmienić ludzi. Ustrój. Zasady. I odnaleźć to co w zyciu najważniejsze. Siebie gdzieś pośród. Tego co może się wydawać, lecz tak naprawde nie jest tym na co wygląda. I spakować walizkę. Usiąść wygodnie w samolocie- tak jak wtedy. I polecieć na koniec świata. Gdzie wszystko jest możliwe.


Mar 10 2006

“Zamigotał świat tysiącem barw…”

Nie wiem od czego zacząć. Chyba najważniejsze jest to, że odnalazłam się w nowym świecie. Otaczają mnie pomarańczowo-kanarkowo-seledynowe ściany. Gdy się budzę nie jestem juz sama. Spokojniej. I wiem co będzie jutro. I stabilizacja pozytywnie na mnie wpływa. W sercu znowu gra. Choć bezsensowne sytuacje. Pięć tysięcy niepotrzebnych. Takich jakich. Być nie powinno. Na Nim zawsze polagac można. Choć w zamian nigdy nic nie będzie. Ciepło. Choć na dworze wciąż mróz. Cieplej. Choć za oknem pada śnieg. Stabilizuje się. Szczęście powoli mnie odnajduje. Jeden. Dwa. Trzy. Nie wszystko jest takie jakbym tego chciała. Ale. Strumień świadomości. Otoczona coraz rzadziej ciepłem Twojej osoby. Zapomniałam. Zrozumiałam. Patrzyłam na Ciebie. I nie czułam nic. Pustke. Która mnie tak wystraszyła. Pustka. Której tak strasznie się bałam. Zawsze. A teraz nic. Nic już nie boli. Budzę się i widzę seledynową ścianę. Ładnie tu. A ich było trzech. Raz. Dwa. Trzy. I właściwie nie było żadnego. Z innej strony. Nie znosze ludzi. Którzy są niesłowni. Nieodpowiedzialni. Na których nie można polegać. Którzy rzucają słowa na wiatr. Którzy ponad sobą nie dostrzegają innych. Człowieczeństwo coraz bardziej jest mi obce. Nie dostrzegam go w innych. Tysiąc barw. Ciepłe. I zimne. Dobre. I złe. Walczyć? Czy czekac? Walczyć? Czy odpuścić? Walczyć!

I tak nagle. Nie wiadomo. Skąd przyszło. Troche intymności. Jakiś przyśpieszony oddech. A oko świeciło w ciemności. Taki blask w nim był. I ciepło Twojej dłoni. I słowa tak szczere, że aż bolą. I myślę sobię… fuck!