Apr 26 2006

Rozdwojenie jaźni…

W takich momentach nienawidzę sama siebie. Stoję. Czuję się rozbita. Na pół. Dwie mnie przeciwko Ciebie jednemu. Nie masz szans. Nieznosze tego mojego pretensjonalnego tonu i tego wymądrzania się. I w sumie to nie wiem co myśleć. Źle mi tak. Ale inaczej tez nie jest dobrze. I znowu jestem bliska poddaniu się, choc tak właściwie to poddać się nie chcę. Rozum mi mówi co innego niż serce.

Boję się, trzesę się. Nie płaczę, bo nie chcę żebyś widział moje łzy. Choć rozpłakać się byłoby najprościej. Bo uczucie, które mnie wypełnia w tej chwili porównywalne jest do tego kiedy wspinałabym się na szczyt i przy stawianiu ostatniego kroku, ktoś strąciłby mnie na dół. Jakby to wszystko co było dotąd i dało mi tyle szczęścia straciło na znaczeniu. Bo miałam wrażenie, że oto sięgam po coś nieosiągalnego. A teraz. Jestem zamknięta w pewnej pułapce. W szklanej kuli własnych uczuć, które wypuścić mnie nie chcą i mącą mi mój racjonalny tok myślenia. A ja sama mam wrażenie, że ulubionym zajęciem otaczających mnie ludzi jest robienie mi wody z mózgu, na co ja się zgodzić nie mogę.

I jakbym rozdwojenie jaźni miała. Bo jeden głos wewnętrzny głośno we mnie krzyczy: NIE! Lecz drugi wciąż gdzieś podpowiada, że to własnie ’TO’ może mi przynieść spokój i choc minimum równowagi i ustatkowania, którego tak pragnę.

I pytam się, czy tylko po to posklejałam się z tych stu drobnych kawałeczków by teraz rozwalić się na pół?

I znów tylko pozostaje mi głośno krzyczeć: NIEEE!

***

Szukam wytchnienia. Za wszelką cenę. Zabija mnie zawieszenie, niewyjaśnione sytuacje. Bo wolę juz najgorszą prawdę. Szukam. I cierpliwości juz nie mam. I zastanawia mnie, czy naprawdę jestem aż tak infantylna i naiwna, by co rusz wpadać w lepkie pułapki, napajane co nową wrzącą nadzieją?

Modlę się. By tym razem okazało się, że to jest tym na co wygląda.


Apr 23 2006

Zakochana [?]

Czy mówiłam już że w tym przypadku opcja ‘off’ nie istnieje? Stoję. I boję się okreslić do końca. Jakby chowając oczywistą dla mnie prawdę przed samą sobą. Jakby bojąc się spojrzeć jej prosto w oczy. Jakby bojąc się spojrzeć Tobie prosto w oczy. Jakby bojąc się, że kiedy w nie spojrzę Ty już będziesz wszystko wiedział. Nawet to czego ja sama jeszcze nie wiem. Albo nie chcę wiedzieć. Albo boję się wiedzieć. To prawda… Czasami łatwiej jest nie wiedzieć. Lecz (pozwalając sobie zacytować) w pewnym momencie dochodzę do krytycznego miejsca. Nie widzę poza Tobą świata. Tłumię to w sobie, ale nie mogę wygonić Ciebie z moich myśli. I jeśli to nie jest zakochanie to co?

Kiedy wychodziłam z domu. Padało. Ciepłe krople deszczu na mojej skórze. Przyjemnie. Wiosennie. Tańczyłam w deszczu. I znowu przepełniało mnie to dziwne uczucie lekkości. Jakbym znowu przez chwilę miała siedem lat.

Zbudowałam sobie swój mały świat. A w nim stworzyłam wartości. Których inni nie doceniają albo nie widzą. Mam wrażenie jakbym raz na jakiś czas zamykała się w sobie i żyła jakby owładnięta autyzmem. Takim moim- niezauważalnym dla nikogo.

Coraz bardziej zawodzę się na otaczających mnie ludziach. Wiem. To tylko ludzie………    To aż ludzie!!! Krzyczy moja świadomość. Ale są ludzie przez duże lub małe ‘el’. W takich momentach dochodzę do wniosku, że jestem naiwna. Że aż mi się samej szkoda. Bo przecież nie znosze plastikowego tlenu, eksibicjonizmu i wykałaczkowych ludzi! A czasem jakbym nie zauważała. A przecież jedno ‘kocham’ nie równa się z drugiemu. A przecież Jego ‘obiecuję’, nie równa się z jego ‘obiecuję’. Lecz po co zważać na słowa? Słowa to właściwie nic. Nic. Bo powiedzieć mogę, a zrobić juz właściwie niekoniecznie. Wartość słowa każdy ustala sam. A ja nie zważam na ludzi, którzy na wiatr je rzucają…

***

I racje masz. Trzymam się ciągle tego starego połamanego krzesła, bojąc się, nie wiem sama czego. Chyba że lecąc ssana przez wir zahaczę o okno i się znów stłukę jak porcelanowa filiżanka.

***

Jestem aniołem w tym mieście.


Apr 22 2006

Bomba.atomowa.wybuchła.we.mnie.

Obudziło mnie ciepło Jego dłoni. Nie wiem co czułam. Niemożliwość opisania własnych uczuć przyprawia mnie o ból głowy. Słowa nie potrafią wyrazić tego co czuję. A te które może sprostałyby zadaniu są jak najbardziej nie na miejscu. Za bardzo czy za mało? Wciąż szukam. W ciągu ułamka sekundy. Wybuchła. Bomba atomowa. I świat runął. Zegarki stanęły. Całe pole magnetyczne Ziemi znikło gdzieś. A ja stałam. Naga na deszczu. I nie było mi zimno…

Trudno jest mi zrozumieć. Zastanawiając się nad sensem tego wszystkiego. Myśląc o jakiś ukrytym, nieznanym jeszcze dla mnie celu. Nie potrafię powiedzieć. Bomba atomowa wybuchła. Już za późno. Nie odwrotu. Opcja “off” w tym wypadku nie istnieje.

Żyjąc z minuty na minutę, z godziny na godziny. Między jednym pocałunkiem a drugim. Zawieszona w czasoprzestrzeni własnych uczuć. Dochodząc powoli do wniosków. Stwierdzam, że niektóre bomby atomowe mają pozytywny wpływ na ludzkość.

Wstyd mi za siebie. Wstyd mi za wczoraj. Wstyd mi. Bo nie wiem dlaczego stało się tak jak się stało. A stać się nie powinno… Przepraszam. I pomimo, że twierdzisz, że to nic złego i że nic się nie stało. To mi wstyd. Bo jak nigdy, to akurat wczoraj.

Pytam… Czy widziałeś kiedyś miłość? A bombę atomową?


Apr 17 2006

Wielkanoc!

Święta. Upływają mi w rodzinnej atmosferze. Choć zjazdy rodzinne to nie jest to co lubie najbardziej. Bo nie cierpie głupkowatych stwierdzeń typu: jak Ty wyrosłaś, jak wyładniałaś. Święta. Czas upływa mi na błogim leniuchowaniu, zajadaniu sie pysznościami przygotowanymi przez moją mamę i ogladaniem w tv jak co roku tych samych programów. I tęsknieniem jeszcze… Świeta. Dokładnie pamiętam te rok temu. Zupełnie inne od tych… I to bez znaczenia już, nawet jeśli pamiętam w co byłam ubrana…

Siedząc spokojnie i wsłuchując się w dźwięk jednej z ulubionych utworów, myślałam. Z tego błogiego stanu wyrwał mnie dzwoniący telefon. Zobaczyłam ukochane imię na wyświetlaczu i jakoś cieplej zrobiło mi się na serduszku. I wszystko byłoby cudownie gdyby nie dziwne odczucie moje. Jak zwykle niedookreślene i bezpodstawne (chyba). Że gdzieś daleko jesteś… To nie jest zazdrość. Lecz rzeczywistość jest taka a nie inna. A ja się obawiam. Choć każdy powiedziałby mi, że nie powinnam, bo nie mam czego. Mam niesamowita zdolność komplikowania sobie zycia i szukania sobie problemów tam gdzie ich szukać nie powinnam… Lecz nie tylko ode mnie to zależy. A nawet chyba mniej ode mnie, a więcej od Ciebie… Bym sie uspokoiła już i zaufała…

Nie było miłości… Nie było bohatera na moim niebie… A teraz nagle coś mi w sercu zaczyna tykać. I boję się… I nie wiem co z tym zrobić…

***

Siedząc na lekko podłamanym krześle, patrzyła w lustro. Jej wielkie zielony oczy nie mówiły nic. Czystość, bezczynność, brak jakichkolwiek uczuć i emocji. Siedziała i patrzyła. Jakby trochę zdziwiona. Lecz to nie tak…. Lecz to nie do końca było jakby sie wydawac mogło. Spokojnie siedząc ma tym z lekka podłamanym krześle walczyła sama ze sobą. Wewnętrzna bitwa, którą musi stoczyć sama ze sobą, pomagała jej w odzyskaniu własnych wartości i uświadomieniu sobie co tak naprawde w jej życiu jest ważne. Siedziała spokojnie. Choć równie dobrze mogłaby krzyczeć. Tyle energi było w niej. Była zarazem wściekła i załamana. I czuła się jak w punkcie skupu duszy i ciała…

A ja? Siedziałam na przyjemnie chłodnej podłodze. Patrzyłam w lustro. Moje wielkie zielony oczy powiedziałyby Ci wszystko. Było w nich wszystko: smutek, radość, mnóstwo uczuc i emocji. Takie poplatanie z pogmatwaniem. Siedziałam i patrzyłam. Jakby troche zdziwiona. Lecz to nie do końca było tak jakby się wydawać mogło. Spokojnie siedziąc na tej przyjemnie chłodnej podłodze nie myślałam o niczym. Było mi dobrze. Odnalazłam się gdzieś… Choć jeszcze niedawno toczyła się we mnie wewnętrzna bitwa, którą musiałam stoczyć sama ze sobą by odzyskać świadomość co naprawdę w moim życiu jest ważne…

***

Czasami czytam to co kiedyś. Usmiecham się tylko sama do siebie wtedy i uswiadamiam sobie jak bardzo się zmieniam. Jak wiele rzeczy jest nieaktualnych. Z jak wielomo istotnymi sprawami zgodzić się dziś nie mogę, choć kiedys tak własnie myslałam. Czasami czytam sama siebie. I patrzę wtedy w przeszłość i widzę. Że dziś jest jednak naprawdę lepiej.

Szukam jednak wciąż. Złotego środka. Bo uczyć się chcę… Życia… I być jak ten wiatr, który rzuca się w przestrzeń z jaskini skalnej i wznosić się wyżej, coraz wyżej…


Apr 15 2006

Spring is coming!

Na dworze zapachniało wiosną. Stałam w drzwiach, a słońce swoimi promieniami ogrzewało moją jakże spragnioną ciepła twarz. Uniosłam głowę w jego stronę i delektowałam się tym cudownym ciepłem. W radiu grała piosenka, którą upajam się od dni dwóch. Na dworze zapachniało wiosną. Zazielenione trawniki i drzewa wydawały się trzykroć ładniejsze, choć w rzeczystości nie zmieniły sie bardzo od dnia wczorajszego. Wraz z wybiciem pełnej godziny zbiegłam po schodach. Pobiegłam. Spiesząc się jakby, choć nie wiadomo dokąd. Bo do nikąd zupełnie. Bo przez te dni ostatnie spieszyć nie muszę się. Bo nie mam dokąd i do kogo…

Budzą sie we mnie dziwne potrzeby, ktorych opanować nie potrafię. Dziwne uczucie tęsknoty przepałnia mnie. Wypełnia moją świadomość. I by choć na chwilę wypełnić czyms tę pustkę szukam wyjścia. Lecz niestety- to krótkotrwałe ukojenie mi przynosi. To dziwne uczucie tęsknoty jakby wypełniało mnie coraz bardziej. I oby tylko ktoś przykręcił korek zanim się ze mnie zacznie przelewać…

Zbyt trudne to i irracjonalne. Bo rzeczy najprostsze wyglądają zupełnie inaczej i nabierają zupełnie innych barw gdy patrzę na nie przez Jego pryzmat. Bo zbyt trudne to i irracjonalne by zrozumieć o co mi właściwie chodzi. Gdzieś zaplątałam się we własnych odczuciach i uczuciach. Gdzieś z dnia na dzień czuję w sobie coraz większy lęk. Przed tym co może dać mi szczęście. Słuchając słów, analizuje je zamiast przyjąć je do wiadomości i cieszyć się z ich prostoty i piękna. A nie do końca potrafię. I na czym to polega? I od czego to zależy? Kwestia zaufania? Każde słowo i każdą rzecz sprowadzam do dna bytu swojego. Rozkładam na części pierwsze, próbując odgadnąc znaczenia wszystkie, by nic nie umknęło uwadze mojej. Bym potem tylko nie usłyszała, że właściwie to nie to miał na myśli. Gdzieś zaplątałam się we własnych odczuciach i uczuciach. Jakbym zgubiła się. I błąkam się między wszelakimi objawami uczuć, które wydają się być prawdziwe. I modlę się. By po czasie jednak nie okazały się kłopotliwym wymysłem mego tęsknego rozumu.

Bo teraz kiedy ta wiosna nadeszła w całej swej krasie. Kiedy do serca zawitało słońce. Kiedy przetarłam kurz i wyrzuciłam stare fotografie. Teraz kiedy nauczyłam się żyć na nowo…  Szkoda by mi było aby moja z lekka pokaleczona świadomość spłatała mi figla… I tylko jest coś we mnie co z niesamowitą siłą przezwycięża wszystko co mogłoby się wydawać trudne a równocześnie złe i niepotrzebne nam w swej codzienności.
Budzi się w mojej duszy ta siła, która odciąga wszelakie uwagi i zwraca się ku temu co estetyczne i niebanalne.

Bo wiem, że gdyby nie ludzie, którzy starają uprzytomnić mi prostotę uczuć autentycznych i uczciwych, oraz ofiarując mi tyle ciepła, ile żadna liczba świeczek na parapecie nie jest w stanie wytworzyć, byłabym pusta skorupką po niedojrzałej pistacji… Lecz nie jestem. Dzięki nim… Dzięki ich miłości, którą za każdym razem próbuję im zwrócić…

***

Słucham: “The Scientist” - Coldplay, “The Blowers Daughter” - Damien Rice,  “Colorblind” - The Counting Crows, i oczywiście skrzypiec moich niezastąpionych… Słucham i myślę… O wiośnie.


Apr 14 2006

One step closer to my private heaven…

Powoli zaczynam wstępować w etap paniki, przerażenia, lęku. Bo to śmieszne, ale jest za dobrze. Z każdym krokiem jestem coraz bliżej mojego prywatnego nieba. A gdy już je osiągnę do czego będę dążyć? Ostatnimi czasy wszystko zbyt szybko się zmienia, bym była w stanie nadążyć nad układaniem swoich myśli. Czasem zastanawiam się, czy istnieje zbyt szczera szczerość i serdeczność i czy takie postępowanie nie graniczy z nieuczciwością i czy to nie zwykła malwersacja? Bądź co bądź znajduję złoty środek, między swoistym pesymizmem a nadmiernie optymistyczną postawą. To takie troche skakanie ze skrajności w skrajność. Choć patrząc na ostatnie kilka tygodni jakoś stan mojej chorej świadomości ustabilizował się. Bo ktoś rozpala we mnie poczucie szczęścia wraz z każdym swoim uśmiechem. I stąd też ten strach. Że któregoś razu zamkne oczy, a gdy je otworze to wszystko w czym teraz tkwie okaże się moim następnym chorym urojeniem. Powoli zaczynam sie przyzwyczajać, co powoduje u mnie następny stan dziwnego strachu. Zupełnie niewytlumaczalnego z racjonalnego punktu widzenia.

Dziś otworzyłam oczy o ósmej rano i przeraziłam się. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Jakoś zimno było. I bynajmniej nie chodzi mi o temperaturę. Zastanawiając sie sama nad sobą nie potrafie dojść do jednego konkretnego wniosku. Co zarazem mnie śmieszy, choć z drugiej strony przeokrutnie denerwuje. Nie potrafię nazwać stanu w jakim jestem.

Jednak staram się podtrzymywać tą rzeczywistość jako prawdziwą i nie pozwolić jej utonąć w mych wątpliwościach. Choć niełatwo. Pamiętam jak stałam naprzeciwko Niego i na usta cisnęło mi się pytanie, którego jednak wypowiedzieć nie potrafiłam. Bo strach mnie sparaliżował. Bo pytań, na które odpowiedzi boję się usłyszec jest mnóstwo. Bo boję się, że kiedy przyszło by walczyc mi, przegrałabym. Albo nawet poddałabym się bez walki. I tracąc to co dla mnie najważniejsze, stałabym i patrzyła nic nie robiąc. Tak jak wtedy, kiedy wydawało mi się jakby czas sie zatrzymał. Jakby niebo się zawaliło. Jakby nastąpiła reakcja egzotermiczna. Ale tylko jakby. Bo to tylko złudzenie było. Tak naprawdę czas wciąż płynął, a wszystko było na swoim miejscu. Inni ludzie nawet nie zauważyli. Tylko ja stałam i patrzyłam. W sercu czułam pustkę i nie zdołałam się zdobyć na więcej niż na jedną łzę, która jakby od niechcenia spłynęła po policzku.

Dzisiaj bliżej mojego prywatnego nieba, gdzie już nie zasypiam i nie budzę się sama i nie jadam samotnych kolacji. Dziś bliżej mojego prywatnego nieba, gdzie nikt mi nie może powiedzieć, że nie jestem samodzielna. Dziś bliżej mojego prywatnego nieba, kiedy to patrząc w lustro mogę śmiało spojrzeć ‘jej’ w oczy.